Skip to content

Myślnik

Refleksje nieutracone – odnajdywwanie prawdy, piękna i dobra

Życie w przeszłości. Jeden dzień z życia domu spokojnej starości przy granicy z Rosją

Posted on 2026-01-122026-01-12 By Irena Kulesza

Життя в минулому. Один день з будинку для літніх людей біля кордону з Росією

https://life.pravda.com.ua/society/zhittya-v-minulomu-odin-den-z-budinku-dlya-litnih-lyudey-bilya-kordonu-z-rosiyeyu-304560

Natalia Najdiuk, 30 października 2024, 06:00

Paraskowija Popowa z obwodu sumskiego ma 101 lat. Nigdy nie myślała, że tyle przeżyje. Nawet nie przypuszczała, że wybuchnie wojna z Rosją i ostatnie lata życia spędzi w domu spokojnej starości, położonym w obwodzie czernihowskim.

Każdego ranka kobieta się budzi o 7.30. Następuje poranna toaleta i ubieranie, a o 8.30 otrzymuje śniadanie. Potem pani Paraskowija ma dużo wolnego czasu na przeżycie kolejnego dnia, na snucie wspomnień o pracy w zawodzie pielęgniarki i o ludziach, których napotkała na swej drodze. Wspomina także wróżkę z Serbii, która mówiła, że pani Paraskowija przeżyje zaledwie 75 lat.

Wieś [nazwa nie jest wymienia ze względów bezpieczeństwa], na której terenie jest położony dom opieki, znajduje się w obwodzie czernihowskim, 20 km od granicy z Rosją. Dwa lata temu pensjonariuszy chciano ewakuować. Po rozważeniu wszystkich „za” i „przeciw” seniorów pozostawiono na miejscu. Nic tu nie „przylatywało”, placówka nie jest zależna od innych podmiotów w zakresie dostaw mediów, a gdy seniorom zaproponowano przeniesienie do podobnych placówek w głębi obwodu, nie wyrazili na to zgody.

Proponujemy Czytelnikom reportaż o domu spokojnej starości w strefie przygranicznej oraz o jego mieszkańcach.

Dom opieki w 20-kilometrowej strefie przygranicznej

Ostatnie schronienie samotnych mieszkańców w podeszłym wieku – to czerwono-żółty piętrowy budynek z cegły. Stoi trochę z dala od głównej drogi, przy której umieszczono billboard ze zdjęciem poległego żołnierza. Ciepłego październikowego dnia na ławeczce przed budynkiem odpoczywali starsi ludzie. Jeden z nich – to Wołodymyr Sekacz. 27 grudnia minie rok, odkąd tu zamieszkał. Mężczyzna jest niewidomy, ale potrafi i lubi szyć. Słucha też radia i żartuje, że „ukradkiem” wychodzi na dwór, żeby zapalić. W placówce wszyscy wiedzą jednak o jego złym nawyku, ponieważ w różnych miejscach znajdują „ślady zbrodni”, czyli rozsypany tytoń.

Wołodymyr Sekacz martwi się, że dom opieki może zostać zamknięty.

„Pracownicy są tu grzeczni i wrażliwi. Słyszałem o tym, co się dzieje w innych domach opieki, uważam, że nam bardzo się poszczęściło. Nie chcę stąd nigdzie wyjeżdżać” – mówi starszy pan, a w jego głosie słychać niepokój. Wielokrotnie proponowano mu przeniesienie się do innej placówki geriatrycznej, położonej dalej od granicy.

Na wsi nie słychać wycia syren, ale w placówce jest internet. Pracownicy otrzymują powiadomienia o alarmach na telefony komórkowe. Obok budynku urządzono schron – przyda się, gdyby zaczęły spadać pociski czy rakiety.

W budynku trochę pachnie lekami, ale poza tym nie są wyczuwalne żadne inne zapachy charakterystyczne dla placówki geriatrycznej czy domu opieki. Seniorzy mieszkają na piętrze. Na parterze jest wiejski ośrodek zdrowia, zatem staruszkowie są pod opieką lekarzy – przynajmniej za dnia.

Aktualnie jest tu 21 pensjonariuszy, z których najmłodszy ma 50 lat. To mężczyzna niepełnosprawny od dziecka. Przyjechał kilka lat temu razem z przykutą do łóżka mamą. Wkrótce kobieta zmarła, a jej syn pozostał w placówce.

Dom opieki działa od 2001 roku. Od 2012 roku kieruje nim Natalia Komyszna. W 2022 roku pensjonariuszy i personel chciano ewakuować, ponieważ placówka jest położona w pasie przygranicznym. Teraz też władze hromady[i] proponują podopiecznym placówki przeniesienie do innych podobnych zakładów geriatrycznych w innych hromadach, w głębi obwodu. Natalia Kamyszna mówi, że dotąd nie było chętnych.

– Wielu naszych podopiecznych przyjaźni się ze sobą. Mamy nawet »pary« – mężczyźni i kobiety na swój sposób flirtują [śmiech – aut.]. Przeprowadzka będzie oznaczała umieszczenie tych osób w różnych zakładach opiekuńczych, a co za tym idzie – rozłąkę. Będzie im smutno.

Dzięki darczyńcom nasz dom opieki zachowuje pewną autonomię, jeśli chodzi o prąd i ogrzewanie – mamy agregaty prądotwórcze oraz drwa, którymi – gdy zabraknie centralnego ogrzewania – można palić w piecach. Dzięki Bogu, do naszej wsi nic nie »przylatywało«. Oczywiście, gdy są ostrzeliwane wioski w pobliżu granicy, bywa głośno. Myśmy się już przyzwyczaili, a wielu z naszych podopiecznych nawet nie słyszy tego huku. Na razie zatem zostajemy tu i działamy, jak wcześniej – mówi kierownik placówki.

Luty i marzec 2022 roku były okresem cichej izolacji. Placówka przetrwała. W domu opieki był zapas leków, warzywa zakupiono na jesieni 2021 roku, były też przetwory. Chleb dowożono z centrum hromady okrężnymi drogami, przez las. Było nawet mięso: miejscowy mieszkaniec oddał świnię. Niestety, wioska poniosła straty: pod koniec marca, zanim wyzwolono obwód czernihowski, przyjechali tu rosyjscy żołnierze i zabrali starostę [sołtysa – tłum.]. Od tamtej pory nikt go nie widział, a rodzina nie wie nawet, czy mężczyzna żyje.

– Oczywiście, baliśmy się. Mimo to przychodziliśmy do pracy codziennie: nie mogliśmy porzucić tych ludzi na pastwę losu, przecież potrzebują opieki i wyżywienia. W nocy były dyżury, zostawało dwoje opiekunów. Podopieczni bali się, że jest wojna, ale nie panikowali. Ogarniał nas strach, gdy samoloty leciały nad wioską w kierunku Czernihowa, żeby go ostrzeliwać. Wtedy było głośno – wspomina Natalia Kamyszna.

Po wyzwoleniu północy Ukrainy wioski przygraniczne są co pewien czas ostrzeliwane. Przy samej granicy była „pierwsza linia” wiosek, które praktycznie wymarły. Ludzie opuścili swoje domy, a ścieżki do nich porosły trawą; w niektórych miejscach widać krzewy, przebijające się przez asfalt.

W wioskach położonych na „drugiej linii” pozostało sporo mieszkańców, ale tam już „przylatywało” i ginęli ludzie. Wieś, w której stoi dom spokojnej starości, jest położona nieco dalej, w umownej dwudziestokilometrowej strefie przygranicznej. Życie wygląda prawie tak samo, jak przed wojną: działają tu wszystkie najważniejsze przedsiębiorstwa użyteczności publicznej, jest placówka „Ukrpoczty”, pracują sklepy, biblioteka, ośrodek zdrowia. Jest też cerkiew, gdzie są odprawiane nabożeństwa. Od czasu do czasu do wioski przyjeżdżają darczyńcy.

Natalia Kamyszna pokazuje sprzęt, za pomocą którego pracownicy placówki mogą przetransportować schodami podopiecznych, poruszających się na wózkach inwalidzkich. Darczyńcy przekazują też do placówki pampersy, które są potrzebne codziennie.

Działalność domu opieki jest finansowana z budżetu hromady, a także z emerytur podopiecznych – administracja pobiera 75% ich dochodów. Mieszkańcy mają zapewnione zakwaterowanie, wyżywienie, opiekę oraz otrzymują leki przepisane przez lekarza.

W dowodzie osobistym ma imię Ludmiła, ale wszyscy mówią na nią Lidia

96-letnia pani Mocar ma wpisane do dowodu osobistego imię Ludmiła. Nie bardzo je lubi, zatem mówi: „Jestem Lidia”. Przez długi czas ta pani była najstarszą mieszkanką domu opieki. Niedawno jednak z centrum hromady do placówki przejechała Paraskowija Popowa, która 15 października br. skończyła 101 lat. Pani Ludmiła-Lidia utraciła palmę pierwszeństwa, jednak zupełnie się tym nie przejmuje.

Ludmiła Mocar prawie nie słyszy. Większość czasu spędza na korytarzu, siedząc na ławce i obserwując młodszych od siebie mieszkańców domu opieki.

Po II wojnie światowej kobieta miała tragiczny wypadek. Wraz z przyjaciółmi kąpała się w rzece, przyjaciele znaleźli niewybuch. Niestety, gdy go wyciągali z rzeki, nastąpiła eksplozja, kilkoro przyjaciół zginęło. Ludmiła przeżyła, ale lekarze musieli amputować jedną nogę. Od tamtej pory kobieta chodzi z protezą. Po tym tragicznym zdarzeniu Ludmiła wyszła za mąż i urodziła dzieci. Niestety, dziś jej najbliżsi już nie żyją.

– Bardzo lubiłam tańczyć. Na zabawach wiejskich nie było tancerki lepszej ode mnie. Niestety, jedną nogę straciłam, zaś druga została poważnie uszkodzona. Teraz już prawie nie chodzę – mówi Ludmiła Mocar, pokazując protezę i drugą nogę, całą w bliznach.

Kobieta nie może podać żadnych innych szczegółów ze swego życia, ponieważ nie słyszy naszych pytań.

Przesiedleńcy z wiosek z „pierwszej linii” przy granicy z Rosją

W domu spokojnej starości mieszkają osoby, które przeniosły się tu z wiosek położonych na tzw. „pierwszej linii” przy granicy z Rosją. Jedną z nich jest 60-letnia Natalia Apryszko. Większą część swego życia spędziła w wiosce przy samej granicy z Rosją, gdzie już nikt nie mieszka.

Kobieta „spaceruje” w korytarzu: siedzi na ławce postawionej w pobliżu gabinetu dyrektor placówki, gdyż naprzeciwko drzwi zazwyczaj jest włączony telewizor.

Natalia Apryszko nie ma ani męża, ani dzieci, ani żadnych innych krewnych, którzy mogliby nią się zaopiekować. Gdy z jej wioski wysiedlono wszystkich mieszkańców, przeniosła się do domu opieki.

– 16 października minął rok, odkąd tu jestem. Wcześniej, zanim załatwiłam wszystkie formalności, przez 3 miesiące miałam schronienie w szpitalu. Wszyscy mieszkańcy z mojej wioski zostali wysiedleni, ponieważ przyszła tam wojna. Jeszcze potrafię napalić w piecu, ale nie mam już siły, żeby przynieść dwa wiadra wody. Mieszkam zatem tu. Gdyby nie wysiedlili ludzi z mojej wioski, pewnie zostałabym w domu – dzieli się swymi myślami Natalia Apryszko.

Przypomina, że po tym, jak obwód czernihowski został wyzwolony spod okupacji, w jej wsi zaczęły latać drony. Kobieta mówi o nich: „trójnóżki”. Gdy leciały nad domem pani Natalii, ta się chowała. Mówi, że drony nad głową ją przerażały.

Kobieta nie chce po prostu bezczynnie siedzieć całymi dniami w domu opieki, chce być przydatna. Latem chodziła i zbierała szczaw, z którego gotowano zupę, a także robiono przetwory na zimę.

Paraskowija Popowa, 101 lat: „Nie przegapcie życia, nie bądźcie leniwi, pracujcie”

Paraskowija Popowa jest najstarszą osobą w domu opieki i na swojej trzyosobowej sali.

– Pani Paraskowija – to dziewczyna z charakterem – śmieje się kierownik placówki. – Przyjechała do nas niedawno, przywiozła swój chleb, opowiedziała o swych upodobaniach kulinarnych. Wydaje nam się, że na razie wyżywienie jej odpowiada. Musimy dobrać inny sedes i deskę, bo zaproponowany przez nas jest dla niej za niski.

Pani Paraskowija urodziła się w Ochtyrce w obwodzie sumskim 15 października 1923 roku. Po podstawówce poszła do liceum medycznego, chciała zostać pielęgniarką. Pierwszego dnia wojny niemiecko-sowieckiej [22 czerwca 1941 r. – przyp. tłum.] dziewczyna, która nie miała jeszcze 18 lat, zgłosiła się do wojska.

– Bardzo chciałam zostać snajperką, ale usłyszałam, że medycy mają pracy w bród i muszę zostać na miejscu – mówi z uśmiechem kobieta, leżąc w łóżku.

Najpierw pracowała w szpitalu wojskowym w Sumach. Gdy Niemcy zbliżyli się do granic miasta, rannych zaczęto kierować do obwodu archangielskiego w Rosji. – Przywożono do nas rannych z pierwszej linii frontu. W naszym szpitalu wykonywano zabiegi i nakładano gips, a dalsze leczenie czy rekonwalescencja przebiegały za Uralem. Rannych było bardzo dużo, ale leków czy środków opatrunkowych nie brakowało – wspomina pani Paraskowija.

Pomogła setkom, a może nawet tysiącom rannych. Bardzo dobrze zapamiętała żołnierza, który miał gangrenę – nie udało się go uratować. Paraskowija dostrzegła, że ranny ma gorączkę i zawołała lekarkę. Ta niegrzecznie odburknęła, że przyjdzie, gdy skończy stawiać pasjansa. Życie mężczyzny dobiegło kresu, zanim lekarka odeszła od stołu z kartami…

Po wojnie Paraskowija pracowała w szpitalach w Rosji oraz w różnych zakątkach ZSRS (w tym na Dalekim Wschodzie), a także w Niemczech. Ogólnie poświęciła medycynie 54 lata życia. Przeszła na emeryturę w miejscowości Jessentuki [położonej w Rosji, w Kraju Stawropolskim, na przedgórzu Wielkiego Kaukazu – przyp. tłum.].

Potem pani Paraskowija zachorowała na raka, ale pokonała go. Nie miała własnej rodziny. W roku 2001 siostrzenica zaproponowała jej przeprowadzkę do Ukrainy. Przez wiele lat mieszkały razem.

– Siostrzenica zmarła. Była wspaniałą osobą: opiekowała się mną, poświęcała mi wiele czasu. Potem mieszkałam sama, mogłam nawet wyjść o lasce do miasta. Niestety, nogi odmówiły mi posłuszeństwa i najpierw trafiłam do szpitala, a potem – tu – opowiada kobieta.

Często wspomina wróżkę z Serbii, która przepowiedziała, że kobieta dożyje 75 lat. Pani Paraskowija z uśmiechem mówi o „pomyłce” wróżki, wszak rozpoczęła 102 rok życia.

– Nie miałam łatwego życia. Dużo chorowałam. Po zakończeniu leczenia onkologicznego ważyłam 46 kilogramów. Mam jednak bardzo dużo miłych wspomnień – są niczym oazy na pustyni. Uwielbiałam swą pracę, zawsze szłam do pacjentów z uśmiechem na ustach. Pomagam im, jak tylko mogłam, oddawałam swe serce. Pamiętam, że nas uczono: gdy widzisz osobę, która źle się czuje, nie uspokajaj jej, tylko zapytaj, jak możesz jej pomóc. Zapamiętałam te słowa do końca życia – mówi Paraskowija Popowa.

Ze łzami w oczach wspomina dzień, w którym się dowiedziała o zwycięstwie nad Niemcami w 1945 roku. Mówi, że wszyscy się rzucali sobie w ramiona i płakali z radości. – Mój Boże, wówczas zginęło tyle ludzi! A ilu ginie teraz! Nigdy nie myślałam, że Rosjanie napadną na nas. Tak się złożyło, że większą część swego życia spędziłam w Rosji, gdyż tam pracowałam. Rosjanie źle traktowali Ukraińców. Pamiętam dzieciństwo i Wielki Głód w Ochtyrce, gdy ludzie puchli z głodu, słyszałam o przypadkach kanibalizmu… Widziałam, jak całą żywność wywożono do Moskwy…

Należałam do Komsomołu i nas, dziewczyny, wywieziono do tajgi, żebyśmy rąbały tam drzewa. Byłyśmy chude i słabe, więc nie wykonałyśmy planu. Pani redaktor sobie nawet nie wyobraża, jak nam ubliżano. Wówczas zrozumiałam, że w partii nie ma dla mnie miejsca. Nie zapisałam się do niej. Dla Ukrainy nastały teraz ciężkie czasy. Tyle ludzi zginęło i zmarło… Jak to można wybaczyć? Nie wiem – mówi kobieta.

Uważa, że najważniejsza w życiu jest praca. Lenistwo natomiast jest bardzo złą cechą charakteru i psuje życie.

– Dobrze jest być młodym i wolnym. Chciałabym jednak zaapelować do młodych: nie przegapcie życia. Lata tak szybko mijają. Nie bądźcie leniwi, pracujcie – i w domu, i w miejscu zatrudnienia. Kochajcie swą pracę – podsumowuje 101-letnia Paraskowija Popowa.

Teraz kobieta przeważnie przebywa na swej sali. Po porannych zabiegach i śniadaniu słucha radia. Interesuje się polityką, wie, co się w niej dzieje. Jej największym marzeniem jest doczekanie drugiego wielkiego zwycięstwa…

Niewidoma Lubow Moroz szyje po omacku i śpiewa piosenki

Los sprawił, że 85-lenia Lubow Moroz przyjechała do obwodu czernihowskiego z Doniecka. Kobieta się urodziła na wschodzie Ukrainy. Gdy miała 1,5 roku, straciła matkę. Pani Lubow mówi, że nie miał, kto się nią zająć i przypominała bezdomną. Gdy wybuchła wojna niemiecko-sowiecka, ojciec był w podeszłym wieku, więc nie zabrano go na front. Lubow miała szwagra, który zginął w trakcie wojny ZSRS z Finlandią, trwającej w latach 1939–1940. Siostra zabrała dzieci i wróciła do domu rodzinnego, żeby się opiekować małą Lubą.

Prawie przez całe życie Lubow Moroz mieszkała w Doniecku, pracowała w fabryce, w której produkowano wypełnienia do materacy.

– Ludzie w Doniecku są pracowici. Tam mieszkali i Ukraińcy, i Rosjanie. Wielu Rosjan przyjeżdżało tam po wyrokach, na mocy których kierowano ich do pracy w kopalniach. Często dyskutowaliśmy o tym, jakie są przewagi Ukraińców nad Rosjanami – i odwrotnie. Nie było jednak kłótni ani bójek na tle narodowościowym – wspomina kobieta.

O wydarzeniach roku 2014 Lubow Moroz mówi, że były to „konflikty na tle politycznym i sztuczne bunty”. Pamięta też „porozwieszane rosyjskie flagi”.

– Wychowałam się w rodzinie, w której mówiono po ukraińsku. Chodziłam do szkoły z ukraińskim językiem wykładowym. Każdy rozmawiał [na mieście] w tym języku, w którym chciał. Wszystko, co się opowiada o zakazach dotyczących używania języka rosyjskiego – to kłamstwo. Przed 2014 rokiem w Doniecku stworzono wszelkie warunki do tego, żeby oszukać ludzi, sprzyjały temu prorosyjskie władze miasta i obwodu. Czy mogliśmy z nimi walczyć? Wiadomo, że ludzie są różni. Byli tacy, którzy mówili, że w Rosji są wyższe emerytury. Co tam emerytury, też mogliśmy doczekać podwyżek. A teraz wiadomo, co jest i jak – mówi pani Lubow.

Kobieta miała męża, córkę i wnuczkę. Mąż zmarł, a córka jeszcze w latach 90. wyjechała do Grecji. W Ukrainie zostali wnuczka Anastasija i prawnuk.

Wzrok pani Lubow się pogorszył, gdy jeszcze mieszkała w Doniecku. W trakcie trwania ukraińskiej operacji antyterrorystycznej Anastasija dwa razy w miesiącu przejeżdżała do Doniecka, by odwiedzić babcię.

– Gdy przyjechała po praz ostatni, powiedziała, że już mnie nie odwiedzi, bo ludzie z DRL [samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej – przyp. tłum.] w punktach kontrolnych bardzo uważnie jej się przyglądali i zerkali na syna, który był już nastolatkiem. Nastia się bała, że zabiorą chłopaka – mówi Lubow Moroz.

Anastasija znalazła ludzi, którzy za opłatą (7 tys. hrywien) [ok. 700 złotych] przyjechali po panią Lubow w nocy i przetransportowali ją na tereny kontrolowane przez władze Ukrainy. Kobieta nie wie, przez jakie miejscowości jechała, bo wcześniej już zupełnie straciła wzrok.

Przez pewien czas pani Lubow mieszkała w przygranicznej wiosce w obwodzie czernihowskim z rodziną wnuczki. Nie znalazła tam jednak nowych przyjaciół, twierdzi, że dlatego, iż jest niewidoma. Prawie nigdy nie opuszczała domu.

– Przeżyłam w ścisłej strefie przygranicznej półtora roku. Potem nastąpiła pełnoskalowa inwazja Rosjan. Mąż Nasti poszedł na front. Wkrótce kupiła ona w Czernihowie nieduży domek letniskowy – musiała się przeprowadzić do miasta, bo we wsi już nie było pracy. Domek nie jest wyremontowany. Pamiętam, jak zdejmowali drzwi z zawiasów, żeby spać na nich, bo nie było lóżka. Nie było już tam dla mnie miejsca, dlatego jestem tu – tłumaczy Lubow Moroz.

Kobieta nie potrafi czytać druków napisanych alfabetem Braille’a, dlatego słucha radia. Radość sprawia jej śpiewanie piosenek na dworze przed budynkiem, przy odbiorniku radiowym. Lubi po omacku układać swoje rzeczy. Pokazuje szafkę nocną, a w niej – poukładane leki i różne drobiazgi. Kobieta dokładnie wie, gdzie i co leży.

Lubi też szyć – robi to po omacku, potrzebuje pomocy jedynie w nawleczeniu nitki na igłę.

– Jakbym widziała, wszystko bym robiła… Praca zdobi człowieka i daje zdrowie. A teraz tylko dożywamy kresu swych dni – mówi kobieta w zamyśleniu. Lubow Moroz radzi wszystkim, by się kształcili, żeby potem lepiej się orientowali w tym, co się dzieje na świecie. Marzy o tym, żeby chociaż raz przyjechać na wyzwoloną ziemię przodków.

***

Jest godzina 22.00. W domu spokojnej starości zapada cisza. Podopieczni udają się na spoczynek, którego pilnują dyżurni pracownicy. Placówka przypomina przedszkole, tyle że podopieczni – to osoby dorosłe.

Najważniejszą cechą, odróżniającą ją od placówek dziennego pobytu jest to, że podopiecznego nikt nie odbierze i nie odprowadzi do domu o godzinie 17.00 czy 18.00. Poza tym niektórzy mieszkańcy tego domu opieki musieli się pogodzić z tym, że już nigdy samodzielnie się nie umyją czy sami nie załatwią potrzeb fizjologicznych.

Życie tych ludzi jest monotonne, ale wygląda na to, że im odpowiada. Nikt z nich nie narzekał w rozmowach na to, że jest smutno i nie ma nic do roboty. W planie dnia jest punkt „praca zespołowa z podopiecznymi”. Aktualnie mowa głównie o oglądaniu telewizji. Dawniej był tu zatrudniony na etacie pracownik socjalny, wówczas podopieczni grali w gry planszowe czy dyskutowali o filmach. Teraz, gdy etat zlikwidowano, jego pracę wykonują po trochu wszyscy pracownicy.

Mieszkańcy tego domu spokojnej starości tęsknią za tym, co minęło: przeżyciami, ludźmi, zdrowiem. Ci ludzie należą do pokolenia, które wie, czym jest długa i ciężka praca. Oprócz marzeń o zwycięstwie mają tylko jedno życzenie – chociaż raz się poczuć na siłach – jak dawniej – i popracować.

Tłumaczyła Irena Kulesza, tłumacz języków polskiego, ukraińskiego i rosyjskiego, redaktor

miriamg@wp.pl


[i] Hromada jest jednostką podziału administracyjnego w Ukrainie. Stanem na czerwiec 2020 roku było 1470 hromad (wspólnot) terytorialnych. Osoby należące do hromady mieszkają w tej samej miejscowości, będącej jednostką samorządu terytorialnego. Hromadę mogą również utworzyć mieszkańcy kilku miejscowości lub osiedli, mających to samo centrum administracyjne. Na czele hromady wiejskiej stoi starosta (odpowiednik sołtysa), a hromady miejskiej – mer (prezydent miasta) – przyp. tłum.

społeczeństwo Tags:Donbas, DRL, Rosja, Ukraina, Wojna Rosji przeciw Ukrainie

Nawigacja wpisu

Previous Post: Ukraiński i rosyjski: jak bardzo podobne do siebie są te dwa języki, czyli o różnicach między nimi
Next Post: Dowody na ścianach. O tym, jak rosyjscy żołnierze zaznaczają swą obecność oraz informują o swych zbrodniach

More Related Articles

Jarosław Hrycak: „Żyjemy w czasach Chmielnickiego, Petlury, Bandery i Załużnego” społeczeństwo
Liczba studentów z Ukrainy na zachodnich uczelniach wzrosła pięciokrotnie społeczeństwo
„Druga armia świata”. Rosjanie przywiązali swego żołnierza do drzewa, żeby mógł go zabić ukraiński dron – wideo społeczeństwo
Jurij Andruchowycz: „Oglądałem Moskwę w stanie całkowitego kollapsu i wywoływało to we mnie złośliwą satysfakcję” polityka
„To była komedia. Ale mieli karabiny”. Jak Ukraińcy pod okupacją są zmuszani do głosowania na Putina społeczeństwo
Między miłosierdziem a wojną. Wszystko o relacjach papieża Franciszka z Ukrainą i Rosją społeczeństwo

Archiwa

  • styczeń 2026
  • listopad 2025
  • sierpień 2025
  • lipiec 2025
  • luty 2025
  • luty 2024
  • grudzień 2023

Kategorie

  • Bez kategorii (9)
  • kultura (1)
  • polityka (19)
  • religia i wiara (2)
  • społeczeństwo (10)
Zaloguj się

Ostatnie wpisy

  • „Tu wieje i dmucha jak przez przetak”. Ojciec Paweł Wyszkowski OMI pokazuje kijowski kościół pw. św. Mikołaja, znajdujący się w stanie awaryjnym
  • „Was wszystkie należy zgwałcić, żebyście urodziły Rosjan” – mówili klawisze. Switłana Worowa (batalion „Azow”) o 11 miesiącach w niewoli
  • „W opinii Ukraińców papież był liderem, który zatrzyma wojnę”. Jak i dlaczego się zmieniło nastawienie do papieża Franciszka
  • Kapitulacja w ładnym opakowaniu, czyli co zaproponowano Ukrainie w „planie pokojowym” Donalda Trumpa
  • Jurij Andruchowycz: „Oglądałem Moskwę w stanie całkowitego kollapsu i wywoływało to we mnie złośliwą satysfakcję”

Najnowsze komentarze

Brak komentarzy do wyświetlenia.

Copyright © 2023 Myślnik.net Sieradz

Powered by PressBook Green WordPress theme